Żeby przeglądać stronę Góry-Sowie.pl musisz włączyć w swojej przeglądarce obsługę JavaScript!

Przepraszamy za utrudnienia!
Gory-Sowie.pl - Legendy i ciekawostki
 
« powrót


Legenda o rycerzach z zamku Quingenburg

Legendy | 9 grudzień 2015 | ilość wyświetleń: 997

Nieopodal wsi Przygórze, na szczycie góry Garncarz stał w dawnych czasach niewielki zamek zwany Quingenburg. W XV wieku stał się on siedzibą rycerzy-rozbójników łupiących kupców i okoliczne wsie. O tych czasach opowiada legenda...


Dawno temu, w czasach średniowiecznych po górskich okolicach między Nową Rudą a Bielawą grasowała groźna zbójecka banda. Rozbójnicy napadali na wsie, kupców i podróżnych nawet w biały dzień. Pojawiali się nagle i nagle znikali w leśnych ostępach. Nikt nie wiedział skąd przychodzą i gdzie mają swoją kryjówkę. Co dziwne, zbójcy w swych grabieżach omijali skrytą głęboko w lasach wieś Wolibórz.. Znajdowała się tam karczma, w której w niedziele i święta można było posilić się, napoić a nawet potańczyć przy muzyce. Od czasu do czasu, wieczorami w karczmie zjawiali się nieznani nikomu młodzieńcy. Dobrze ubrani, siadali przy osobnym stole, zamawiali dużo jadła i trunków, sowicie płacili a nawet tańcowali z miejscowymi dziewczętami. Mimo to zachowywali się skrycie i nie wdawali w rozmowy z mieszkańcami wsi.

W karczmie prym wśród tancerek wiodła piękna dziewczyna o imieniu Kinga służąca w miejscowym młynie. Ze względu na jej wyjątkową urodę tajemniczy młodzieńcy upodobali ją sobie. Chętnie z nią tańczyli, podtykali pieniądze, a z czasem, obiecując bogactwa zaczęli namawiać Kingę, aby poszła na noc do ich siedziby. Nie chcieli jednak wyjawić gdzie też się ona znajduje. Jednak Kinga oprócz swej urody wyróżniała się też rozumem. Pewnego razu wpadała jej do głowy myśl:
Czy ci zamożni młodzieńcy nie są przypadkiem owymi tajemniczymi zbójcami, o których tyle się w okolicy mówiło?
Zaniepokojona opowiedziała o tym młynarzowi. Mądry młynarz stwierdził, że to całkiem prawdopodobne i szybko zwołał na naradę kilku sprytnych chłopów z Woliborza. Po długich nocnych dyskusjach uradzono, że przy pomocy Kingi odkryją siedzibę rozbójników i rozprawią się z nimi wszystkimi.

Jak postanowiono tak też zrobiono. Podczas kolejnej potańcówki Kinga zgodziła się na propozycję młodzieńców, aby po zabawie pójść z nimi. Gdy tańce się skończyły ruszyli razem krętymi leśnymi ścieżkami w stronę gór. Wspinali się coraz wyżej i wyżej klucząc między skałami, aż dotarli do niewielkiego zamku. Jeden z młodzieńców zagwizdał specjalną melodię i otwarto im bramę. Kinga rozglądała się dokoła - zamek był stary i podniszczony, ale wciąż sprawiał wrażenie przytulnej siedziby. Wokół leżały zbroje, miecze i zrabowane przez bandę łupy.

W tym samym czasie liczna gromada uzbrojonych mieszkańców Woliborza podążała skrycie w ślad za Kingą - jej buty na obcasach zostawiły w mokrej ziemi wyraźne ślady. Wreszcie i oni ujrzeli przed sobą kamienną warownię. Zgodnie z planem ukryli się w pobliżu. Czekali aż Kinga da znać, jednym z umówionych wcześniej znaków-sygnałów. Jednak długie godziny mijały a Kinga ani nie zagwizdała, ani nie wywiesiła swej czerwonej chusty przez zamkowe mury.

Zaczynało już świtać, gdy zaniepokojeni o los dziewczyny woliborzanie ujrzeli ją stojącą w zamkowym oknie. Dziewczyna, w pogiętej sukience, z wolna przeciągała się i doniosłym, chociaż ochrypłym głosem rzekła:
- Och, jak stąd wszędzie daleko!
Z zamkowej komnaty dało się słyszeć gromkie śmiechy pijanych zbójów. Nie wiedzieli, że było to jedno z umówionych haseł. W ten sposób Kinga dała znać, że zbójcy są już zmęczeni i stracili czujność. Na to woliborzanie ruszyli szturmem pod bramę zameczku. Naparli na nią, wyłamali rygle i wdarli się do wnętrza warowni. Wycieńczeni całonocnym pijaństwem i zabawą zbójnicy zostali całkowicie zaskoczeni. Początkowo przerażeni, szybko jednak chwycili za broń i zaczęli stawiać zaciekły opór. Doszło do morderczej walki wręcz. Ten i ów z Woliborza padał martwy lub ranny. Jednak to wiejscy chłopi byli w znacznej przewadze liczebnej, a przy tym trzeźwi i wypoczęci. Nic zatem dziwnego, że i bandyci zaczęli padać na ziemię. W końcu górę wzięli wieśniacy, a po kolejnym kwadransie walki wszyscy zbójcy leżeli już martwi lub ciężko poranieni.

Kinga wyszła z dębowej szafy, w której schowała się na czas walki. Wszyscy radośnie ją ściskali dziękując za odwagę i poświęcenie. Po krótkim odpoczynku chłopi zaczęli przeszukiwać zamek. Szukano skarbów i zrabowanych bogactw. Nie odnaleziono jednak ukrytych skrzyń ze złotem, o których opowiadał Kindze jeden z zakochanych w niej rabusiów. W kolejnych dniach zamek zburzono aby już nigdy żadni zbójcy nie znaleźli w nim schronienia. Dopiero gdy nie został z niego kamień na kamieniu ktoś wpadł na pomysł, że zagrabione złoto mogło być zakopane po podłogą w zamkowym lochu. W zasypanych ruinach próżno było już szukać do niego dostępu.

Sprawa odnalezienia skarbów nie jest jednak ostatecznie zaprzepaszczona. Jak twierdziła bowiem przeszło dwa stulecia później pewna stara wróżka z Przygórza, może je odzyskać każda prawdziwa dziewica. Aby tak się stało, musi ona w noc Bożego Narodzenia udać się samotnie z zapaloną świecą do zamkowych ruin a chodząc już na miejscu skrzętnie uważać, w którym momencie płomień raptownie zacznie chylić się ku ziemi. Będzie to niechybny znak, że właśnie tutaj znajduje się owa piwnica pełna złota, srebra i szlachetnych kamieni. Niestety jak dotąd, mimo upływu całych stuleci, żadna z okolicznych dziewczyn nie odważyła się na ten w gruncie rzeczy przecież niezbyt ryzykowny wyczyn. Ciekawe dlaczego? Czyżby naprawdę nie było odważnych? A może po prostu brakuje prawdziwych dziewic?

Autor: misza

Źródła:
Julian Jantczak, Legendy zamków śląskich, Wydawnictwo Erechtejon, Wrocław 1995


« powrót

Dziękujemy :)
Twój komentarz został dodany.

POGODA
°C
°C

Prognoza 4-dniowa
Partnerzy: